Czy ty się spowiadasz…? Takie stwierdzenie usłyszałem podczas jednej z rozmów – kiedy mimo chodem powiedziałem – mnie też nie jest łatwo iść do konfesjonału. Po tym stwierdzeniu zobaczyłem lekkie zdziwienie czy może zaskoczenie. Dodam więcej, chodzę do spowiedzi do księdza, którego znam, nie dlatego, że będę miał lżejszą pokutę. Odnalazłem kapłana przed którym jestem w stanie otworzyć swoje serce i zaufać mu. To wcale nie jest takie proste, zawsze czuję lekki lęk – ale to chyba jest dobre. Nie czuję się w grzechu pewny ani radosny. Pójdę dalej – to właśnie tam – w obecności tego księdza – przeżyłem najtrudniejszą rozmowę, której bardzo się bałem – ale warto było! I z własnej autopsji wiem, że taka szczera rozmowa, która kończy się czymś niebywałym – przebaczeniem, jest bardzo cenna, taka spowiedź wreszcie uwalnia od tego niszczącego ciężaru. To niesamowita moc, która wlewa nadzieję.
Czy jestem przez to lepszy…? Mam świadomość, że daleko mi do świętości. Jestem lepszy przez to, że coraz bardziej rozumiem Bożą miłość do mnie. Staram się wymagać więcej od siebie, nie poprzez usprawiedliwienie swoich wad, ale poprzez walkę z nimi. Wiem, że słabość mi towarzyszy, to nie jest tak, że przez spowiedź, jak w skutek działania jakiegoś zaklęcia, czy jak przez „machnięcie” zaczarowaną różdżką – wszystko się zmieni. Tak nie jest… To co się we mnie zmienia, to coraz większe otwieranie się na miłość Bożą. Każdy sakrament uświadamia mi, że jestem słaby. Ja ciągle potrzebuję Bożego wsparcia, sam sobie nie dam rady. To nie jest tak, że spowiadając się zrzucam z siebie swoje grzechy, aby się lepiej poczuć. Ten sakrament, mnie wprowadza w niezwykłe pragnienie Tego, który mnie zna i mimo to, mnie nie porzucił.
Ktoś może zapyta – po co, mówić to księdzu, nie można powiedzieć tego bezpośrednio Bogu? NIE – ponieważ wypowiedzenie, tego co ma się w sercu, daje dodatkową wartość. Najpierw tę czysto psychologiczną – wyrzucam coś z siebie… Nie wystarczy zrobić to myślami. Często potrzebne są słowa. Z praktyk między ludzkich wiemy, jak często musimy czujemy potrzebę dzielenia się ważnymi sprawami z drugą osobą. Gdybyśmy to nosili w sobie, stalibyśmy się „tykającą bombą” gotową do detonacji, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja.
Jest jeszcze racja biblijna. Czasami słyszy się stwierdzenie – Po co mówić to księdzu? Bóg powierzył misję odpuszczania lub zatrzymywania grzechów apostołom. Ta misja zostaje przekazywana z pokolenia na pokolenie. Każdy ksiądz, przez akt świeceń kapłańskich jest powołany do tej misji. Jeśli w biblii jest napisane, że grzechy można odpuścić lub zatrzymać – to jednoznacznie z tego wynika, że najpierw trzeba je poznać. Co za tym idzie, osoba chcąca powierzyć swoje życie Bogu, musi swoje winy wypowiedzieć. Tylko w ten sposób można zadecydować o tym, czy dany człowiek jest odpowiednio przygotowany do nawrócenia. Może być tak, że trzeba jeszcze wytężonej pracy, aby zrozumieć sens przemiany.
I ostatnia sprawa – spowiednikowi trzeba zaufać. To on zostaje aktualnie postawiony na twojej drodze. Oczywiście obowiązuje go tajemnica spowiedzi. To bardzo istotna kwestia w kontekście poszukiwania zaufanej osoby. Źle jest jeśli spowiednik nie traktuje sakramentu jako depozytu, który został mu przekazany przez Chrystusa i zaczyna go traktować jako własność. Taki brak roztropności, może doprowadzić do dwóch skrajnych reakcji – albo ta osoba będzie zbyt rygorystyczna, albo zbyt pobłażliwa.
Ciągle trzeba pamiętać o tym, że ksiądz jest tylko pośrednikiem. Spotkanie dokonuje się przede wszystkim między osobą grzeszną a Bogiem. Ksiądz przez obowiązującą go tajemnicę spowiedzi ma uczyć się tak jak Chrystus, kochania i szanowania osoby, która pragnie przemiany – ufając również w szczerość intencji tej osoby.
Jako ksiądz wiem jak jest po jednej i drugiej stronie konfesjonału. Uczę się być takim księdzem, którego chciałbym widzieć przy swojej spowiedzi. Z jednej strony cierpliwego, wyrozumiałego, pełnego miłości, a z drugiej strony – nauczyciela, mistrza duchowego, który mimo wszystko wymaga i wskazuje właściwy kierunek.